Elaine ☆18
Kolejne tygodnie mijały w spokoju. Choć ten spokój był zadziwiająco podejrzany. Widywałam się dość często z chłopakami. Raz nawet przyprowadziłam dziewczyny na nasze wspólne spotkanie, a Gryfoni od razu je polubili. Jednak coś nie dawało mi spokoju. Były to dwie kwestia. Jedną była Weridian. Widywałam ją czasami, lecz zauważyłam również, że unikała mnie jak ognia. W sumie to wszystkich zaczęła tak samo traktować. Nosiła ze sobą zawsze księgi i skrywała się gdzieś w korytarzach, które nie były w użytku, bądź wychodziła na błonie i kierowała się do bijącej wierzby. Drugą kwestią był Remus. Od tygodnia dziwnie się zachowywał. Jeszcze na dodatek wczoraj wyjechał do swoich rodziców. Tak przynajmniej twierdziła profesor McGonagall. Było to dość dziwne, skoro jest dopiero Halloween. Z chłopakami mieliśmy właśnie spędzić tą Noc Duchów, jednak będziemy niekompletni.
Jako że to święto wypadło na niedzielę, mamy dzisiaj dzień wolny. Towarzyszyłam właśnie w codziennej przechadzce Prawie Bezgłowemu Nickowi. Chodź ciężko to nazwać przechadzką, gdy ten lewitował w powietrzu.
-Jak nastrój z powodu twojego święta? - Zapytałam, gdy mijaliśmy kolejny korytarz. Głównie to on mówił podczas naszych rozmów, ja byłam lepszym słuchaczem niż mówcą.
-To nie jest tylko m o j e święto. To święto nas wszystkich. Przynajmniej ja tak traktuję ten dzień. - Odpowiedział bez skrupułów. -A to komu się tak śpieszy? - Zwrócił uwagę na blondwłosą dziewczynę, która przecięła nasz korytarz. To była Weridian. Od dawna już jej wybaczyłam. Oczywiście na początku byłam na nią wściekła, ale po kilku rozmowach z “terapeutą” Remusem doszłam do wniosku, że bez sensu jest się na nią wściekać, skoro ona była na tej samej pozycji co ja. Nie wiedziała o tym co oni planują. Chciałam ją przeprosić za mój wybuch gniewu. Oczywiście przed Jamesem, a tym bardziej przed Syriuszem, ukrywałam prawdę o całym incydencie. Już widzę jak powstałaby wielka wojna na całą Anglię. Tego by brakowało.
-Chyba muszę cię zostawić. Wybacz. - Odparłam i ruszyłam w ślad za dziewczyną. Zostawiłam ją daleko w przodzie, aby nie spostrzegła, że ją śledzę. Kierowała się właśnie z całym orężem książek na Błonia. Dokąd ona tak się spieszy?- zapytałam siebie w duchu. Zauważyłam, że zmierza ku Bijącej Wierzbie. Ona sobie zdaje sprawę, że jeśli się do niej zbliży to pożałuje zetknięcia się z jej gałęziami? Przyspieszyłam kroku. Dostrzegłam, że użył jakiegoś długiego patyka i uderzyła nim w punkty na drzewie. Gałęzie momentalnie się sparaliżowały. Dziewczyna weszła przez otwór w ziemi i zniknęła z mojego pola widzenia. Miałam zamiar iść za nią, ale w pewnym momencie przypomniałam sobie wcześniejsze incydenty. Nie wiedziałam dokąd ona się udała, a nawet z kim mogłaby się spotkać. Postanowiłam przeczekać to i usiadłam na ziemi wśród krzewów. Mijały minuty, a z czasem zmieniały się one w godziny. Postanowiłam wyjrzeć po raz kolejny znad gałęzi i dostrzegłam ją. Szła jednak z całkiem innego kierunku. Postanowiłam wyjść jej naprzeciw i z nią porozmawiać.
-Weri? Weridian poczekaj! - Zawołałam na nią, a ona zaskoczona spojrzała na mnie.
-Elaine? Czekaj, śledziłaś mnie? - Zapytała z mieszanką zdziwienia i rozgoryczenia. -Nie powinno cię tu być.
-Chciałam cię przeprosić…
-Nie masz za co. A teraz bywaj. - Przerwała mi i wyminęła. Co to miało być z jej strony? Ja tu wyrzucam swoje zmartwienia, a ona od tak mnie zbyła.
-Weridian! - Krzyknęłam, a ona się odwróciła do mnie niechętnie. Podeszłam tak blisko, że wystarczyło, aby mnie usłyszała.- Chciałam Ci podziękować za to co zrobiłaś dla mnie. W każdym momencie zaczynając od naszego spotkania. -Uśmiechnęłam się smutno i powoli zaczęłam się wycofywać z miejsca, w którym stałam. Zostawiłam ją samą z wyrzuconymi przeze mnie słowami. Zaczęłam iść przed siebie, nie zważając dokąd idę. Słuchałam szelestu liści wprawionych w ruch przez dmujachący wiatr. W pewnym momencie dotarłam do starej chaty. Było to raczej opuszczone miejsce. Może tu będę miała chwilę dla siebie. Rozejrzałam się po okolicy i zorientowałam się, że jestem dość daleko od Hogwartu. Zbliżał się wieczór, jednak postanowiłam rozejrzeć się w tym budynku. Wzięłam głęboki oddech i nacisnęłam klamkę. Ustąpiła mi dopiero po drugim pchnięciu. W środku było dość ciemno w środku, jednak w drugim pokoju ujrzałam łunę światła. Cicho zamknęłam drzwi. Pomieszczenie było uporządkowane. Ostrożnie stawiałam kroki i przeszłam do oświetlonego pomieszczenia. To co ujrzałam sprawiło, że osłupiałam.
-Remus? -Zapytałam chłopaka, który siedział skulony na ziemi. Spojrzał na mnie, a jego oczy momentalnie się powiększyły.
-Elai? Co ty wyprawiasz? Uciekaj stąd! - Wstał z ziemi i chwycił mnie za ramiona. -Idź póki jest na to czas.
-Remus, ale co się dzieje? -Zapytałam, a on bez odpowiedzi prowadził mnie do drzwi. Wyrwałam się z jego uścisku. -Masz powiedzieć, co się stało.
-Nie chcę cię skrzywdzić. Błagam. Idź.
-Ale Remus…-Chciałam sprzeciwić się po raz kolejny, jednak on zbliżył się do mnie i spojrzał głęboko w oczy.
-Wkrótce wszystko ci wyjaśnię. A teraz idź. - Kiwnęłam głową i wtuliłam się w jego tors. Odchodząc spojrzałam na chatę jeszcze raz. Co ten chłopak przede mną ukrywa? Przechodząc obok Wierzby, natknęłam się na chłopaków.
-A ty gdzie byłaś? -Zapytał się mnie Syriusz. Założyłam kosmyk włosów za ucho i odpowiedziałam.
-Na wycieczce integracyjnej. -Wszyscy zaczęli się śmiać. Co mi tam. -Chyba sobie odpuśćmy ten pikniki. Jest za zimno.
-Sama wpadłaś na ten pomysł. -Odparł Syriusz. James przytaknął mu a ja myślałam, że oboje zaraz oberwą.
-Jest. Dzisiaj. Zimno. Idziemy do środka. -Wysyczałam przez zęby. Chłopcy najwyraźniej zrozumieli moją intencję i zabrali swoje plecaki. Ruszyliśmy razem z Błoni do Hogwartu. Następnie udaliśmy się do pokoju Gryffindoru. Niestety chłopcy nie dostaliby się do mojego pokoju przez zabezpieczenia. Tam przesiedzieliśmy wspólnie do późnego wieczoru. Gdy wybiła północ rozległo się donośne wycie. Momentalnie przypomniałam sobie o Remusie. Oby nic mu nie było. -pomyślałam, spoglądając w mrok za oknem.


Komentarze
Prześlij komentarz