Weridian ☆1


    
Po długich już zakupach na ulicy Pokątnej, został nam jeden sklep tylko. Miałam już szaty, książki, a nawet kociołek i wszystkie inne ingrediencje. Jako że można mieć zwierzaki w szkole, to postanowiłam wziąć mojego czteromiesięcznego kociaka Lokiego. Potrzebowałam jednak jakiejś sowy, więc kupiłyśmy po drodzę ładną sówkę z gatunku uszatki krzykliwej. Nazwałam ją Lionel. Został nam tylko jeden sklep, chyba najważniejszy. U Olivandera. Weszłam do starego sklepu, gdzie piętrzyły się pudełka z różdżkami od samego spodu do sufitu. Była tu niesamowita ilość kurzu, że aż moja mama zaczęła kichać jak najęta. Zaśmiałam się z niej, a mama E. głośno mi zawtórowała. Za ladą stał starszy pan, który wyglądał na dość miłego. Podeszłam do lady, w końcu dostanę pierwszą swoją różdżkę nie mogę się doczekać już.

    -Dzień dobry, przyszłam tutaj by kupić swoją pierwszą różdżkę. - Powiedziałam  lekko speszona, ale z uśmiechem na ustach.

    -Dzień dobry młoda damo, jak ci na imię? - Zapytał starszy pan, który był właścicielem tego sklepu.

    -Weridian Blaudeliar - Zaćwiergotałam, podając delikatnie mu dłoń na powitanie. Olivander lekko potrząsnął moją dłonią i zwrócił się do mnie.

    -To co wybieramy? Jesteś bardzo podobna do swoich mam, wiesz że Ellaine też kupowała tutaj swoją pierwszą różdżkę? - Zaśmiał się i poszedł w głąb sklepu, wracając z jednym pudełkiem. - To może tą, rdzeń to pióro pegaza, jedenaście i pół  cala, dość sztywna, z drewna akacji. Podobna do różdżki Ellaine. - Podał mi ją do rąk. - Machnij!- Zachęcił. Po tym jak lekko nią machnęłam, pudełka z górnych półek spadły mamie Rei na głowę. 

    - Nie, nie, nie - Powiedział Olivander i zniknął znowu. Gdy wrócił trzymał ładnie zdobioną białą różdżkę. - Ta jest bardzo rzadka, włókno ze smoczego serca, drewno to cis, dość sztywna, czternaście i pół  cala. Jest to dość rzadko spotykane połączenie. W całym swoim życiu sprzedałem tylko dwie podobne. - Podał mi ją powoli, a ja zamachnęłam się i pudełka, które wcześniej zrzuciłam, wróciły na swoje miejsce. 

    -Wygląda na to, że różdżka jest idealna dla ciebie. - Wziął ją ode mnie i zapakował starannie. Dał pudełko mamie i miałyśmy już wychodzić ze sklepu, ale jak to ja, wpadłam na jakąś blondwłosą dziewczynę. Była ode mnie niższa i miała ciemniejszą karnację oraz brązowe oczy, wyglądała jakby była w moim wieku. 

    -Przepraszam bardzo, nie chciałam na ciebie wpaść.- Zaczęłam speszona, wymachując dłońmi.

    -Nic się nie stało.- Odpowiedziała dziewczyna i ciepło się uśmiechnęła. -Jestem Elaine Keegan- Podała mi dłoń.- Widzę, że ty już masz różdżkę, a pomogłabyś mi wybrać moją?- Zapytała, a ja stałam zdezorientowana, nie wiedząc co właściwie zaszło.

    -Eeee, no jasne! - Też podałam jej dłoń.- Tak w ogóle jestem Weridian Blaudeliar. -Uśmiechnęłam się wesoło i zerknęłam co moje mamy na to bym pomogła nowo poznanej blondynce. One same stały troszkę zdziwione, a zarazem roześmiane z mojej reakcji. 

    -Weri my idziemy do Floriana, przyjdź później z koleżanką.- Uśmiechnęły się wesoło i pomachały mi wychodząc ze sklepu ze wszystkimi zakupami. Elaine stała z jakąś starszą kobietą, która patrzyła się na mnie dziwnie. 

    -Hmm to chodź, pan Olivander na pewno coś tobie dobierze.- Złapałam ją za rękę i pociągnęłam do lady.

        -To znowu ja panie Olivanderze!- Zawołałam zadowolona. 

    -Chciałybyśmy wybrać różdżkę dla mojej siostrzenicy.- Powiedziała lekko speszona kobieta, z którą była Elaine. Pan Olivander tylko się uśmiechnął do nas.

        -No dobrze jak się nazywasz mała damo?- Zapytał.

        -Elaine Keegan!- Blondynka odpowiedziała dość entuzjastycznie. Mężczyzna popatrzył na nią z uśmiechem i zanurzył się ponownie w głąb sklepu. Wrócił za chwile trzymając ciemne, dość małe pudełko. Wyciągnął z niego różdżkę i podał niższej z blondynek.

        -Łuska wywerny, jedenaście i ćwierć cala, giętka, z wiśni.- Widząc, że Elaine nie wie co robić, nakazał jej machnąć. Gdy wykonała jego polecenie, wszystkie szuflady w pomieszczeniu otwarły się szeroko. Przestraszona dziewczyna szybko oddała różdżkę mężczyźnie.

    -Spokojnie zdarza się.- Lekko się zaśmiałam, żeby dodać jej otuchy. Olivander z niezadowoloną miną, wrócił skąd przybył. Słychać było jakieś tłuczenie się i spadające pudełka, nagle wyłonił on się zza rogu, niosąc tym razem jasno brązowe pudełko. Wyciągnął z niego różdżkę i podał Elaine.

    -Tym razem to włókno ze smoczego serca, tak samo jak różdżka twojej koleżanki. - Popatrzył na mnie wymownie.- Dziesięć i trzy czwarte cala, dość sztywna, jesion.

Niższa z dziewczynek niepewnie wzięła różdżkę i machnęła, rozwalając przy okazji wazon leżący na stoliku w głębi pomieszczenia. 

        -Ja przepr..- Zaczęła przepraszać, ale Olivander jej nie słuchał, szukając innego rodzaju. 

        -Czy to tak zawsze wygląda?- Elaine niepewnie zapytała się mnie. Uśmiechnęłam się lekko, podnosząc jedną brew do góry.

    -Hahaha, może nie zawsze, ale bardzo często. Moja mama Ellie zrzuciła Panu Olivanderowi książkę na głowę, przy wyborze różdżki. Nie ma czym się przejmować. - Zaśmiałam się lekko, a Elli wyglądała na pewniejszą siebie. Po chwili mężczyzna zadowolony z siebie szedł w naszą trzymając troszkę większe, czarne pudełko. Otworzył je, wyjął różdżkę i podał brązowookiej.

    -Ta powinna być dobra. Włos południcy, jedenaście cali, sztywna, z drewna czarengo orzechu, który jest dość rzadki jako materiał na różdżki.- Czekał z niecierpliwością jak zareaguje różdżka, gdy Ellaine zrobiła zamach, wszystkie wcześniej otwarte półki zamknęły się szybko i sprawnie. Zadowolona blondynka oddała różdżkę.

    -Wiedziałem, że ta będzie dla ciebie idealna młoda panno.- Uśmiechnął się i zapakował przedmiot z powrotem do pudełka, podając dorosłej kobiecie. Wyszłyśmy na zewnątrz i w końcu można było oddychać świeżym powietrzem bez kurzu.

    -W końcu da się oddychać!- Zaśmiałam się głośno. - Czy macie jeszcze coś do kupienia?- Zapytałam wesoło.

    -Ciociu czy kupiłyśmy już wszystko? Szaty mamy, książki też są, kociołek i te dziwne rzeczy także, teraz różdżka już jest…..Chyba wszystko!- Ellaine wesoło odpowiedziała mi i wzięła mnie pod rękę. 

    -Moja droga panno, a nie chciałaś przypadkiem sobie sowy kupić?- Zapytała jej ciocia, uśmiechając się miło do brązowookiej. Poszłyśmy wybrać jej odpowiednią sówkę, by miała ona towarzysza przez następne lata spędzone w Hogwardzie. 

    -Wiesz może jaki byś chciała gatunek? Jest ich dość sporo! Moje mamy mają płomykówkę, a ja sobie kupiłam uszatkę krzykliwą. Ma takie słodkie uszka!- Entuzjazmowałam się nad tymi uroczymi ptakami.

    -To jest więcej gatunków niż trzy?! - Ellaine się tak bardzo zdziwiła, że stanęła jak wryta. Oczy się jej rozszerzyły jak pięć złotych i zaczęła wręcz biec w kierunku sklepu. Kiedy dotarłyśmy na miejsce, niższa dziewczyna wręcz wbiegła do sklepu na sekcje sów, ciągnąc mnie za sobą.

    -Patrz, patrz! Jaka słodka!- Wskazała na płomykówkę, jednak zobaczyła zaraz włochatkę małą. Po jej wzroku już widziałam, którą chce.

    -Tą chce.- Powiedziała stanowczym głosem, zwracając się do dorosłej kobiety, która miała pobłażliwą minę. Zaśmiałam się delikatnie.

     -To co jak ją nazwiesz?- Zapytałam wesoło. Widziałam skupienie na twarzy Ellaine. 

    -Hmmm, Gwen. Gwen to dobre imię.- Uśmiechnęła się od ucha do ucha i patrzyła jak sprzedawczyni wkłada sówkę do dużej klatki. Ciocia Ellaine zapłaciła, więc mogłyśmy dołączyć do moich mam. Siedziały na zewnątrz kawiarni i jadły lody, emocjonują się nad czymś. 

    -Weridian! Słonko tutaj!- Zawołała mama R. i pomachała nam zamaszyście, a Lionel dostał zawału w klatce. Podbiegłam do nich i przytuliłam się. Pomachałam by Ellaine i jej ciocia do nas dołączyły. 

    -Przepraszam, że wcześniej się nie przedstawiłyśmy, ale dziewczyny tak szybko się zakumplowały- Zaśmiała się mama Rei i podała dłoń cioci mojej nowej koleżanki. 

        -Ja też powinnam przeprosić, jakoś tak to wyszło. Nazywam się Jasmine Davey. Miło mi was poznać. -Podała rękę pierwsze dorosłej blondynce, a później brunetce z burzą, krótkich loków. 

        -Ja nazywam się Reine Blaudeliar, a to moja żona Ellie Rose-Blaudeliar. - Uśmiechnęła się blondynka.

    -Także miło nam poznać takie urocze dwie kobiety.- Powiedziała wesoło brunetka. -Pierwszy raz na Pokątnej?- Zapytała Ellie, gdy kobieta się rozsiadła i złożyła zamówienie.

    -Tak….w sumie trochę nie wiedziałam jak sobie poradzimy z tymi zakupami, ale jakoś dałyśmy radę.- Zachichotała Jasmine. 

    -To pani i córka pierwszy raz słyszycie o magii?- zapytała troszkę nietaktownie Reine. Strzeliłam facepalma. 

        -Mamo!

        -Reine!- Krzyknęłyśmy jednocześnie.

        -Spokojnie, spokojnie. Nie, to nie pierwszy raz, kiedy słyszymy o magii. Elaine to córka mojej siostry, której mąż był magiczny. Więc Elai jest… półkrwi? Tak wy to jakoś nazywacie, prawda?- Odpowiedziała miło.

        -Tak, tak to nazywamy. -Mama E. zaśmiała się lekko, jakby z pobłażliwością. -Jeśli mogę zapytać, czemu Eline nie jest w takim razie tutaj z rodzicami?- Jasmin zmieszała się troszkę.

        -Jej rodzice zaginęli, więc od tego czasu to ja zajmuje się małą.- Odpowiedziała lekko smutna.

        -I kto tu nie ma taktu….-Mruknęła pod nosem mama R. Brunetka kopnęła ją w kostkę. Było tylko słychać stłumiony okrzyk bólu. 

      -A wy macie ślub tak? Czyli jesteście razem? Jesteście obie matkami Weridian?- Zapytała się Jasmine, lekko zdezorientowana. Chyba nie rozumiała, że obie są moimi mamami.

    -Tak! Jesteśmy już dziewięć lat po ślubie. Urocza z nas parka, prawda?- Zaśmiała się mama Rei, a druga mama przewróciła oczami tylko. -Obie jesteśmy też z rodzin magicznych, więc mogłyśmy bez problemu wziąć ślub. Świat magiczny różni się troszkę prawami od tego nie magicznego.- Uśmiechnęła się delikatnie, na myśl o swoim ślubie.

    -Chyba rozumiem.- Mruknęła cicho ciocia Ellaine. Nagle mama E. zwróciła się do nas i zapytała z dużym uśmiechem na ustach.

    -Szczęśliwe, że już za parę dni pojedziecie do Hogwartu?

    -Oczywiście!- Krzyknęłyśmy chórem i zaczęłyśmy się śmiać. Mama Ellie popatrzyła na zegarek i wstała powoli.

    -Przepraszam was dziewczyny, ale my musimy iść już Weridian, w końcu już pojutrze wyjeżdżacie. Musicie się porządnie spakować.- Wzięła zakupy i zaczęła poganiać mamę R., która na szybko dopijała swoją kawę. Przytuliłam Elai na pożegnanie i jeszcze podczas odchodzenia pomachałam jej ręką. Skierowałyśmy się z mamami do Gringotta by móc wybrać trochę pieniędzy bym miała przy sobie coś na słodycze. Kiedy załatwiłyśmy wszystko, przeteleportowałyśmy się do domu. Weszłam do domu, zjadłam coś i zaczęłam pakować wszystkie rzeczy do kufra. Mama Rei przygotowywała mi wszystkie potrzebne ubrania i szaty, które dziś kupiłyśmy, za to mama Ellie pomogła mi spakować wszystkie potrzebne książki. Oddała mi także swój stary krawat z Ravenclawu. Chciałam jak najwięcej rzeczy dziś spakować by móc jutro na spokojnie wziąć wszystkie pamiątki. Wszystkie w trójkę wykończone zakupami i pakowaniem, zasnęłyśmy, leżąc na dywanie. Coś czuję, że to będzie przygoda mojego życia.


Komentarze

Popularne posty