Elaine ☆20


Następnego ranka obudziłam się w pokoju chłopaków. Leżałam na jednym z łóżek przykryta szczelnie kołdrą. Uniosłam się na łokciach i rozejrzałam po pokoju. W każdym łóżku chłopcy spali osobno więc brakowało jednej osoby -  Remusa. Nie powinnam zostawiać go wczoraj samemu sobie. A co jeśli on mnie potrzebował, a ja go zostawiłam? Jestem głupia i nieodpowiedzialna. Muszę iść do profesor McGonagall. Ona zna odpowiedź, ale dlaczego ukrywa ją przed wszystkimi? Wstałam ostrożnie z łóżka i pościeliłam go. Podniosłam swoje buty z ziemi i po cichu udałam się do wyjścia. Wyszłam z sypialni chłopców i udałam się do pokoju wspólnego. Tam zasłony były już rozsunięte, a poranne słońce oświetlało całe pomieszczenie. Spojrzałam na zegar który stał koło kominka. Była dopiero piąta, więc miałam sporo czasu, aby udać się do swojego dormitorium przebrać się i ogólnie ogarnąć, aby później spokojnie iść na śniadanie. Ubrałam się. Zakładając but na nogę, ktoś zaskoczył mnie swoją obecnością.

-Czy przypadkiem panienka Keegan nie pomyliła domów? - Profesor McGonagall wyszła z cienia. Musiała ukrywać się jako kot, w innym razie zauważyłabym ją.

-Ja nic złego nie zrobiłam. Spędziłam po prostu wieczór z chłopakami i… - Kobieta przerwała mi, unosząc prawą dłoń do góry. Poczułam, że przez moje ciało przebiegają dreszcze.

-Kto by pomyślał, żeby taka młoda dziewczynka przebywała w pokoju chłopców całą noc. Rozumiem, że to są twoi przyjaciele, lecz sytuacja taka  wygląda nieetycznie. -Spoglądała na moją bladą twarz. Musiała dostrzec mój strach i tylko westchnęła. - Prosze cię tylko, abyś nie zostawała u chłopców na noc. Ja jeszcze przymknę oko na wasze - Spojrzała na drzwi dormitorium chłopców. - wybryki. Jednak mogą znaleźć się ludzie, którzy będą przeciwni takiemu zachowania i może to się skończyć całkiem inaczej. - Pokiwałam głową, na znak, że przyswoiłam każde jej słowo.

-Pani profesor… Mam taki pytanie, spotkałam wczoraj Remusa w Tamtej chacie… - Zrobiła wielkie oczy, gdy tylko wspomniałam o chłopaku. Podeszła do mnie bliżej i zaczęła rozmawiać ze mną szeptem.

-Jak to spotkałaś go? Kto ci powiedział gdzie on jest? - Zapytała, a ja spanikowałam. 

-Nie rozumiem, dlaczego on się ukrywał. Czy coś mu grozi, pani profesor? -Oczy nauczycielki zrobiły się ogromne jak talerze. Jeszcze chwila, a przypuszczałabym, że wybuchnie na mnie gniewem. Jednak po chwili odpowiedziała ze zwyczajnym spokojem.

-Nikt, ale to kategorycznie nikt, nie może się dowiedzieć o waszym spotkaniu. Czy to jasne? - Od kiwnęłam potwierdzająco głową. - A teraz zmykaj stąd. Lepiej, żeby nikt więcej się nie dowiedział, że Puchon gci się w pokoju wspólnym Gryffindoru.

Pożegnałam się z profesor McGonagall. Jednak pytania dalej mnie nurtowały. Będę musiała jednak gdzie indziej, aby odnaleźć odpowiedzi. Czy mam wrócić do tej chaty? Może lepiej jak zostanę w zamku. Nie wiadomo, czy Remus tam dalej jest. Szłam spokojnie korytarzem, aby echo nie roznosiło się zbytnio po korytarzach.

-A kto to jest rannym ptaszkiem? - Przede mną pojawił się znowu Lucjusz. Czy ci ślizgoni nie dadzą mi spokoju? - zapytałam siebie w duchu. Nie miałam najmniejszej ochoty z nim teraz rozmawiać, jednak on nie dawał mi spokoju, mimo, że go wyminęłam, nieodpowiadając. - Nie ignoruj mnie, Elai.

-Po pierwsze, nie zwracaj się do mnie Elai. Nie pozwalam na to. Po drugie, nie twój interes, o której chodzę spać i o której wstaję. - Odpowiedziałam pełna narastającej złości.

-Po co te nerwy. - Odpowiedział ze stoickim spokojem. Zaczęło mnie to również denerwować. - Jak minęły ci wieczorne eskapady? Weridian opowiadała mi, że spotkałyście się na błoniach. Nie do końca zrozumiała sens twojej wypowiedzi. Może chciałabyś udać się razem ze mną do pokoju wspólnego Slytherinu i… - Nie wytrzymałam i przerwałam mu.

-Nie zamierzam nigdzie z tobą iść, dla ścisłości. Poza tym wiem, co powiedziałam Weridian i nie zmienię zdania. Sama zaczęła mnie ignorować, więc jak widać chce się mnie pozbyć. Proszę bardzo, nie będę jej przeszkadzać. Teraz mam własne zmartwienia i problemy, które muszę rozwiązać. A zatem, jeśli nie masz nic przeciwko, udam się teraz w spokoju do swojego dormitorium, aby się przygotować, a następnie udać na śniadanie. Wszystko jasne? - Odczekałam chwilę, gdyby miał mi coś do powiedzenie, a zaraz po tym odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w swoją stronę. Jak na jeden dzień przeżyłam całą paletę emocji. Przyspieszyłam kroku. Nagle przede mną pojawił się ktoś. - Sir Nicolasie, wybacz, że cię wystraszyłam.

-Nic nie szkodzi, chociaż to bardziej ja ciebie wystraszyłem. Jak się miewasz? - Odpowiedział z uśmiechem na twarzy. To była chyba jedyna osoba, która rozumiała mnie w stu procentach.

-Całkiem znośnie, chociaż chciałabym zresetować już dzisiejszy dzień. Zaczął się nie do końca tak jak chciałam. - Odpowiedziałam. Sir Nicolas kiwnął głową, a chwilę później odpowiedział.

-Chodzą słuchy, że chata na błoniach jest nawiedzona. Jednak osobiście się tam wybrałem i nie spotkałem tam, żadnego ducha. Był tylko tam jakiś chłopak. - Zaczął opowiadać, a ja słuchałam uważnie. O to chodziło, dowiem się czegoś więcej. - Nie pamiętam jego imienia, ale wiem, że chodzi do naszej szkoły. Nie wiem co się tam wydarzyło, jednak jego ręka… - Urwał swoją wypowiedź i spojrzał na mnie. - To chyba nie jest rozmowa na czas przed śniadaniem, nie uważasz?

-Wiem kim jest ten chłopak. Sir Nicolasie, proszę powiedz mi, co się z nim stało? - Próbowałam dowiedzieć się czegoś więcej, jednak on mnie zignorował, a na odchodne pożegnał się ze mną. Nikt nie traktuje mnie poważnie. Ruszyłam dalej, po drodze minęłam panią Pomfrey. Spieszyła się gdzieś, niosąc ze sobą torbę, w której musiała trzymać swoje przyrządy lekarskie. Nie zamierzałam jej zatrzymywać. Jeśli ktoś potrzebował pomocy teraz, lepiej nie przeszkadzać. Po kilku zakrętach i minięciu schodów dotarłam do piwnic. Odnalazłam swoją różdżkę i udałam się do odpowiedniej beczki, a następnie wystukałam odpowiedni rytm. Beczka uchyliła swoje wieko, a ja mogłam dostać się do środka. Udałam się od razu do pokoju dziewczyn. Gdy weszłam, przywitał mnie Fifi. 

-Jak tam wieczór u gryfonów? - Zapytała mnie pół śpiącym głosem Danielle.

- Jakoś. Dużo rozmawialiśmy. - Streściłam szybko i udałam się do swojej szafki, aby wyjąć nowe ubrania.

-I to wszystko co chcesz nam powiedzieć? - Zaprotestowała Laura. Chyba wstały niedawno i mają ochotę posłuchać jakiś nowych informacji.

-Nie mam nastroju jakoś dzisiaj. Najpierw spotkałam McGonagall, później napadł mnie Malfoy, a potem jeszcze Sir Nicolas zaczął mówić mi o… Zreszta, nie ważne. - Machnęłam ręką i wróciłam do przerwanej czynności.

-Jak zaczęłaś mówić, to skończ. - Powiedziała Katie, odpowiadając tym samym na moją wypowiedź.

-Nie chcę, żebyście zrozumiały mnie źle, ale to moja sprawa. Sama muszę jeszcze wszystko przemyśleć. Zwłaszcza w tej ostatniej sprawie. - Powiedziałam zabierając rzeczy i kierując się do wyjścia. - Idzie ktoś ze mną, póki nie ma kolejek? - Odpowiedziałam, a  Danielle momentalnie wstała z łóżka i ruszyła ze mną ze swoimi rzeczami. W łazience zebrało się już kilka dziewcząt, głównie z innych dormitoriów. Jako, że weszłyśmy odpowiednio wcześnie, znalazły się dla nas wolne prysznice. Po skończonej toalecie wyszłyśmy z pomieszczenia. W drzwiach zderzyłam się z jakąś dziewczyną.

-Przepraszam najmocniej - Powiedziałyśmy w tym samym czasie. Była ze Slytherinu, na co wskazywały jej szaty.

-Jak łazisz?! -Usłyszałam niedaleko przed sobą głos dziewczyny, a chwilę później ukazała się burza loków. Była to Bellatrix. - W tej chwili masz przeprosić moją siostrę!

-Bella, proszę… -Zaczęła dziewczyna, jednak Bellatrix jej przerwała, tym samym nie pozwalając mówić dalej.

-Przepraszasz na kolanach! Albo skończymy to inaczej. -Wyjęła z kieszeni różdżkę. Dokonałam tego samego. Teraz nie mam zamiaru się przed nią kłaść.

-Jestem gotowa. - Zadeklarowałam, a chwilę później zręcznie odbiłam jej zaklęcie. Broniłam się kilka razy, a wszystkie uczennice zebrały się wokół i oglądały z zapałem nasze potyczki. -Expelliarmus! -krzyknęłam, a jej różdżka odleciała daleko od niej. Spojrzała najpierw na nią, a następnie na mnie.

-Ty mała… - Chciała mnie zaatakować, nie zważając na to, że posiadam różdżkę, ale czyjeś ramię przeszkodziło jej w tym. Był to Lucjusz.

-O ile dobrze wiem pojedynki nie są dozwolone. - Powiedział, a  za nim pojawiła się wcześniej widziana dziewczyna. -Na szczęście Narcyza w porę poinformowała mnie o zaistniałej sytuacji. 

-Bellatrix atakowała tą Puchonkę. -Powiedziała, unikając wzroku swojej siostry. Wszyscy wokół kiwnęła potwierdzająco głową.

-Przykro mi panno Black, ale muszę cię zaprowadzić do dyrektora. -Powiedział chłopak, podnosząc różdżkę z ziemi i schował ją do kieszeni wewnętrznej swojej szaty. Zabrał Bellatrix z łazienki i ruszyli razem przez korytarz.

-Nic ci nie jest? -Narcyza podeszła bliżej do mnie.

-Dziękuję, ale jestem cała. Dobrze zrobiłaś. -Poklepałam ją po ramieniu. Była lekko smutna, a w jej oczach zobaczyłam cień strachu. -Coś się stało?

-Nie, moja siostra ma czasami dziwne napady. To wszystko. Przepraszam cię za to całe zamieszanie. -Odezwała się i odeszła. Spojrzałam na Danielle, która była lekko zszokowana całą sytuacją, pociągnęła mnie do wyjścia.

-Coś czuję, że będziesz miała przechlapane u niej.-Powiedziała szeptem, gdy kierowałyśmy się do piwnic.

-Danielle, ja już dawno mam u niej przechlapane. Wiem tylko, że muszę się pilnować. -Później udałyśmy się na śniadanie. Tam odbyłam bardzo nurtującą rozmowę z Jamesem i Syriuszem.


Komentarze

Popularne posty