Weridian ☆11
Gdy usłyszałam zamykające się drzwi, odwróciłam się szybko. Nie ma jej… Poszła… Tak będzie lepiej. Usiadłam i nagle poczułam ogromny ucisk w klatce piersiowej. Nie mogłam oddychać. Całe moje ciało się trzęsło. Krzyczałam, ale z moich ust nie wydobywał się żaden dźwięk. Nie mogłam nabrać oddechu, wydawało mi się, że uduszę się. Ześlizgnełam się z łóżka na ziemię, leżałam bez ruchu, próbując nabrać oddechu. Moja klatka piersiowa piekła żywym ogniem, a tchawica zaciskała się mocno. Udało mi się podnieść rękę i wyciągnąć inhalator z szuflady. Psiknęłam nim do swojego gardła i wzięłam głęboki wdech. Zaczęłam oszalale kaszleć. Jeszcze trochę i by mnie tu nie było… Czemu to powstrzymałam… Leżałam jeszcze przez chwilę na zimnej podłodzę, próbowałam wyrównać oddech, a z moich oczu popłynęły gorące łzy. Co jest ze mną nie tak… Bolała mnie każda kość, każdy mięsień. Serce kołatało jak szalone, płuca piekły ogniem piekielnym. Podniosłam się do pozycji siedzącej, przyciągnęłam kolana do piersi i położyłam na nich głowę. Czułam jak Loki ociera się o moje nogi, kładzie się ostrożnie przy nich, tak blisko bym czuła jego ciepło.
-Czemu życie musi być takie… Dlaczego…- Szepnęłam cicho, obiad musiały się dawno już zacząć, bo dziewczyny nie wracały. Trudno. Niech mnie stąd wywalą i tak nie zasługuje na to by tu być. Łzy zdobiły moje policzki, płynęły delikatnymi strużkami, które pozostawiały tylko gorąco. Moje serce rozdzierał krzyk. Nie mogłam powstrzymać donośnego szlochu.
Przeze mnie Severus będzie atakowany przez gryfonów, przeze mnie Elaine poczuje się odrzucona, tak samo James… Wszystko co złe to moja wina. Czemu ja w ogóle żyje. Moje istnienie przynosi więcej bólu niż szczęścia. Widzę jak czasem mama Reine patrzy na mnie z nienawiścią, wiem że przypominam jej ojca. Widzę jak płaczę, jak ma dość tego okropnego życia. Czasem spoglądam w lustro i widzę demona. Źródło nieszczęścia, kość niezgody. Jestem porażką. Nienawidzę siebie… Nienawidzę tego świata!
Podniosłam się, przebrałam się w szatę i wzięłam Lokiego do kaptura. Schowałam różdżkę w podkolanówkach. Zarzuciłam na plecy czarną, skórzaną torbę. Szybkim krokiem przemierzyłam pokój wspólny, który świecił pustkami o tej godzinie. Tylko nie spotkać nikogo, tylko nie spotkać nikogo.. Powtarzałam sobie to jak mantre. Wyszłam z lochów, rozglądając się czy nie trafię na żadnego nauczyciela. Skierowałam się w stronę wieży astronomicznej. Z tego co wiem aktualnie nikt tam nie przebywa, bo wejście tam jest zakazane. Musiałam być ostrożna. Przemykałam po schodach i korytarzach, tak szybko i delikatnie, że tylko obrazy mogły mnie zauważyć.
Gdy dotarłam wreszcie na miejsce, musiałam pokonać grubą kłódkę na drzwiach. Szepnęłam -Alohomora- i usłyszałam mechanizm, a kłódka opadła na ziemię. Zostawiłam ją w tym samym miejscu gdzie była i weszłam na schody. Będąc na ich szczycie, ujrzałam widok, który zaparł mi dech w piersiach. Podeszłam bliżej do barierek, wtem poczułam lekki podmuch zimnego wiatru. Wyjęłam kota z kaptura i postawiłam go na podłogę.
-Czy to nie piękne?- Zapytałam futrzastego towarzysza. Przede mną rozpościerał się widok na góry, którymi był otoczony Hogwart od północy. Delikatnie obracając się w stronę wschodu ujrzałam rozcierające się długie błonia, a za nimi hatkę leśniczego oraz zakazany las. Nie mogłam powstrzymać łez cisnących się do moich oczu. To co widziałam było tak niesamowite, dałabym wszystko by ta chwila trwała w nieskończoność. Przypatrywałam się uczniom wychodzącym na błonia, musieli już skończyć jeść obiad. Widziałam jak się śmieją i gadają. Widziałam braterskie uściski i przepychanki. Mimo że byli takimi małymi owadami stąd, czułam ich uczucia. Strużki łez wędrowały po moich policzkach. Pojedyncze krople skapywały z mojej brody. Targały mną tak różne emocje. Zimny wiatr owiewał moją gorącą twarz.
-Od dziś, Loki, będę królową moich decyzji. Mojego życia. Nie obchodzi mnie co inni pomyślą. Nikt nie wejdzie mi w drogę. Nikt mnie już nie skrzywdzi. Wiesz dlaczego? Bo już nie mam nikogo.- Powiedziałam, wycierając mokre policzki.
-Świat jest obrzydliwy, więc czemu ja mam być miła?- Zaśmiałam się ostatni raz spoglądając na piękne widoki. Odwróciłam się i moja twarz skamieniała gdy zobaczyłam dyrektora uśmiechającego się w moją stronę.
-Witam pannę Blaudeliar.- Powiedział to ciepłym głosem, lekko spoglądając zza swoich okularów połówek. -Czy ma pani ochotę napić się z tym staruszkiem herbaty?- Zamarłam w bezruchu, nie wiedząc co odpowiedzieć. Zdziwiło mnie to bardziej niż przeraziło.
-Tak… Tak, oczywiście dyrektorze.- Powiedziałam speszona. Odwrócił się w stronę schodów z wieży i podążył przed siebie. Zdenerwowana postanowiłam udać się za nim. Powolnym krokiem, w ciszy dotarliśmy do wielkiego pomnika orła, który na hasło czekoladowe żaby, ukazał kamienne schody. Dyrektor wskazał mi dłonią bym szła pierwsza. Czułam coraz większy stres, nie rozumiałam o co chodzi. Mam nadzieję, że nie dowiedział się o incydencie z James’em. Nacisnęłam klamkę ciężkich brązowych drzwi i weszłam. Zaraz za mną pojawił się siwy mężczyzna.
-Usiądź moja droga.- Uśmiechnął się ciepło i wskazał krzesło przed biurkiem. On sam zajął duży fotel i spoglądał na mnie zza swoich okularów połówek. Jego wzrok był bardzo przenikający. Czułam, że moje ciało się spina, a oddech przyspiesza. Spokojnie… Spokojnie…. Oddychaj…. Powoli się uspokajałam, a przed moimi oczami ukazała się filiżanka pełna czarnego płynu.
-Jak mówiłem, chcę się z panną napić herbatki.- Podał mi filiżankę z cieczą, a sam oparł się o biurko. -Przestronnie tu, prawda?- Zaśmiał się. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Było dość sporych rozmiarów, a za fotelem można było widzieć, że w głębi pomieszczenia, są schodki prowadzące do innych drzwi. Po podłodzę walały się różnych rozmiarów stosy książek. Z jednej ze ścian spoglądały na mnie obrazy poprzednich dyrektorów Hogwartu.
-Tak… Dość tutaj… Przestronnie.- Odpowiedziałam niepewnie. Nie miałam pojęcia dlaczego ten człowiek zaprosił akurat mnie na herbatkę. Chce mi dać reprymendę za włamanie się na wieżę, a może od razu wyrzucić mnie ze szkoły. Matki będą wściekłe, ale trudno.
-Jak ci smakuje herbatka?- Zapytał się znienacka dyrektor.
-Bardzo dobra.- Mruknęłam, lekko zaskoczona pytaniem.
-To dobrze. Wiesz może moja droga co to śmierciożercy?- Zadał pytanie, przedłużając ostatnie słowo. Nie do końca wiedziałam o co mu chodzi. Gdzieś słyszałam to słowo, ale nie wiedziałam co znaczy.
-Nie wiem co znaczy to słowo.-Powiedziałam zgodnie z prawdą, a siwobrody siorpnął herbaty.
-Śmierciożercy to zorganizowana grupa służąca Lordowi Voldemortowi. Wyznają czystość krwi i inne tym podobne wartości. Stosują siłowe i brutalne metody Wszyscy są naznaczeni mrocznym znakiem na lewym przedramieniu.- Opowiadał zamyślony. Co on insynuuje. -Sam Voldemort wywodzi się z domu węża i wielu jego wyznawców także.- Popatrzył na mnie znad okularów połówek.
-Czy dyrektor sugeruje mi, że tylko dlatego, że jestem ślizgonem, zostanę śmierciożercą?- Zdenerwowałam się lekko. Jego insynuacje były niedorzeczne. Oceniać cały dom po czynach paru osób. -Wszystkich ślizgonów pan tak przepytuje? Może lepiej dyrektor zająłby się innymi sprawami.- Ofuknęłam go i wzięłam łyk herbaty.
-Jest panna bardzo spostrzegawcza, panno Blaudeliar, ale nie. Nie chodziło mi by panią prowokować lub obarczać dom grzechami innych. Po prostu chciałem panią ostrzec o plotkach rozprzestrzenianych po pani domu. Nie wolno im ufać.- Machnął dłonią i napił się z filiżanki.- Bardzo przypominasz Elaine, ona także miałą silne zdanie i szybko wyciągała wnioski. Wiesz, że ona jest w zakonie feniksa? Mówiła ci?- Jego lodowate oczy zabłyszczały. Co ten staruszek kombinuje.
-Nie… Nie wiem co to Zakon Feniksa….-Spuściłam wzrok na podłogę. W co moja mama jest zaplątana… Nic nie rozumiem.
-Zakon Feniksa to organizacja, w której zbierają się ludzie chcący walczyć przeciw śmierciożercą. Ratujemy innych przed nimi. Dużo czarodziejów z mugolskim pochodzeniem jest zabijanych i torturowanych. Chcemy im pomóc.- Powiedział spokojnym głosem i z szuflady jednej komody wyciągnął miseczkę z cukierkami. -Dropsa cytrynowego?- Zapytał, uśmiechając się od ucha do ucha. Zwariowany staruszek.
-Nie dziękuję.- Pomachałam w geście tego, że nie chce.
-Więcej dla mnie. To moje ulubione.- Zaczął zajadać się dropsami, a ja upiłam łyk herbaty.
-Co ma ten Zakon Feniksa do mnie i do mamy? Nie rozumiem panie profesorze.- Zapytałam lekko zdezorientowana. Ten człowiek potrafił tak szybko zmieniać temat, że to aż patologia. Patrzyłam na niego twardym wzrokiem, co ten stary człowiek chce mi przekazać…. Hmmm...
-Dużo i niedużo. Chciałem cię tylko ostrzec byś nie dała się wplątać w jakieś sidła złych ludzi. Widzę jednak, że jesteś bardzo inteligentna. Chciałem także powiedzieć, że jak będziesz starsza to jesteś mile widziana w Zakonie i mam nadzieję, że nas wspomożesz. Masz jeszcze dużo czasu by wszystko przemyśleć, bo wstąpić do Zakonu można dopiero jak się jest dorosłym.- Powiedział puszczając mi oczko. To dupek… Mam jedenaście, no prawie dwanaście lat, a ten już chce mnie przekabacić na swoją stronę. Dopiłam herbatę i zaczęłam się wiercić w fotelu.
-Dziękuję za herbatę dyrektorze, ale chyba powinnam już i…
-Słyszałem o tobie i panu Potterze. Podobno walczyliście z użyciem czarów ostatnio na błoniach.- Przerwał mi, słychać było w jego głosie stalowe nutki. Cała zesztywniałam, a filiżanka z moich dłoni wypadła. Loki, który spał w moim kapturze, nastroszył się i wyskoczył ze swojej kryjówki.
-Ja.. Ja mogę wytłumaczy! Tylko…-Uciszył mnie gestem dłoni. Zaczęłam się stresować coraz bardziej. Kurwa. Wyrzuci mnie. Co gorsza może wyrzucić James’a.
-Weridian, słyszałem, że to ty zaczęłaś cały ten cyrk, ale to młody Potter pierwszy wyjął różdżkę i zaatakował. Nie chce zbędnych tłumaczeń, przepuszcze wam tym razem. Pierwszy i ostatni raz.- Powiedział twardo, ale zaraz się rozchmurzył i powrócił do uśmiechu. -Muszę jednak przyznać, że jesteś niesamowicie utalentowana. Zaklęcia były dość trudne, poza tym taki styl walki w tak młodym wieku. Chciałbym żebyś mogła się rozwijać w kierunku pojedynkowym.- ptPopatrzył znad okularów połówek, nie wiedziałam co powiedzieć.
-Dziękuję?- Odpowiedziałam niepewnie, a dyrektor zbliżył się do mnie.
-Mogę ci zaproponować uczestnictwo w klubie pojedynków. Normalnie wstęp mają tam tylko szósto- i siódmoroczni, ale masz niesamowity potencjał.- Uśmiechnął się do mnie i dumnie wypiął pierś.
-Ja nie wiem czy powinnam…- Zmroczył się lekko. -To tylko luźna propozycja. Powiedzmy, że przepuszczę ci złamanie regulaminu, jeśli chodzi o pojedynki w szkole. Jeśli się dołączysz. Będę miał wtedy wytłumaczenie, że były to tylko ćwiczenia.- Zmroził mnie wzrokiem. Muszę się dołączyć do tego koła w takim razie. Mądrze… Wytrenować dzieciaki by mogły walczyć w tym jego Zakonie. Skubaniec.
-Po za tym wejście na wieżę astronomiczną też jest zabronione i dobrze o tym wiesz.- Uśmiechnął się pod nosem. Szantażysta!
-Chce uczestniczyć w tym kole pojedynków.- Powiedziałam szybko, a Dumbledore od razu rozweselił się na te słowa.
-To świetnie! Dam ci znać jeszcze gdzie i kiedy będą odbywać się spotkania! A co do wieży to pięknie tam prawda?- Zapytał, patrząc w dal rozmarzonym wzrokiem.
-Tak...Ja chciałam po prostu odpocząć… Zniknąć na chwilę….- Smutnymi oczami popatrzyłam się na dyrektora, a ten tylko westchnął. Ruszył się w kierunku sporej szafy w głębi gabinetu. Wyciągnął z niej duży, miedziany klucz.
-Jak byłem w twoim wieku też uwielbiałem tam przebywać. Tak samo jak ty skradałem się i włamywałem. Wierzę, że jesteś mądrą, inteligentną czarownicą. Powierzam ci ten klucz, ale nikt nie może się o tym dowiedzieć, rozumiemy się?- Podał mi przedmiot, a moje oczy zabłyszczały. Uśmiechnęłam się.
-Ja.. Ja… Dziękuję.- Zająknęłam się, nie mogę uwierzyć w to co właśnie zaszło. Ten stary człowiek to prawdziwy manipulator. Wstałam z fotela.
-Ja już powinnam iść, muszę przygotować jeszcze esej na transmutacje. Dziękuję za herbatkę i klucz.- Uśmiechnęłam się, wzięłam kota na ręce i skierowałam się ku drzwiom.
-Dam ci znać jeszcze gdzie odbywa się kółko pojedynków. Miłego dnia dziecko.- Pomachał mi na pożegnanie i uśmiechnął się ciepło. Zamknęłam za sobą toporne drzwi i zbiegłam po schodach. Mam dość. Ten dzień był gorszy niż dziwny. Szybkim krokiem pobiegłam wręcz do dormitorium Slytherinu. Czemu ono musi być tak nisko?! Ahhhh…
Gdy dostałam się do lochów, wypowiedziałam hasło, a ściana się otworzyła ukazując przejście do pokoju wspólnego. Siedzieli w nim Lucjusz i jego świta, Severus oraz chłopak z dużym trądzikiem. Rozmawiali o czymś przyciszonymi głosami.Loki widząc swojego czarnowłosego ulubieńca, wyskoczył z moich rąk i podbiegł do niego.
-Loki?- Severus odwrócił głowę w moją stronę. -Weridian. Zaczęliśmy się martwić o ciebie!- Rzucił się w moją stronę i wydawało mi się, że chciał mnie przytulić, ale w ostatniej chwili się rozmyślił. Miałam nadzieję, że mnie nie zauważą. Niestety wciągnęli mnie bym dyskutowała z nimi.
Rozmowa ciągnęła się długimi godzinami. Gadaliśmy o magii, czystości krwi, o przyjaźni i wrogach. Zahaczyliśmy też o tematy śmierciożerców. Dowiedziałam się, że czarnowłosa piękność ma na imię Bellatrix, a jej młodsza siostra Narcyza to dziewczyna Luciego. Chłopak o kiepskiej cerze i długich prostych włosach to Augustus Rookwood. Gdy kładłam się spać było już grubo po 1 w nocy. Mam nadzieję, że ten dzień będzie chociaż przystępny.



Komentarze
Prześlij komentarz