Elaine ☆4
Wszyscy kupili sobie coś z wózka miłej pani czarownicy, która przerwała naszą rozmowę, prezentując ów przedmiot, który uginał się pod ciężarem słodyczy. Wybrałam dla siebie czekoladową żabę, tak jak Syriusz i Remus, którzy mnie do tego wyboru namówili, Lily i Severus wzięli jedną paczkę fasolek wszystkich smaków, Weridian kupiła tylko sok dyniowy, natomiast James… Jemu było ciężko się zdecydować i kupił wszystkiego po trochu. Otwarłam swoje opakowanie, a w środku znajdowała się żaba z czekolady, która wyglądała jak prawdziwa. Po chwili zaczęła się ruszać i prawie uciekła, gdyby nie długie ramię Remusa. Podał mi ją, a mi trochę było szkoda jej ugryźć. Przełamałam się i nie pożałowałam. Czekolada była przepyszna, o wiele lepsza od naszych, które można kupić w każdym supermarkecie.
-Eli, jaką masz kartę? - Zaczepił mnie Syriusz. Spojrzałam na dołączoną plakietkę w kształcie pięciokąta i zobaczyłam, że ona się porusza. Otwarłam usta ze zdziwienia. Syriusz spojrzał mi przez ramię. - Masz Morganę Le Fay! - Krzyknął mi do ucha. Spojrzałam na niego morderczym wzrokiem. Uniósł ręce w geście obronnym.
-A kto to jest? - Zapytałam, a wszyscy popatrzyli na mnie jakbym opowiedziała jakiś słaby żart. - Wiem, że żyła z czasów arturiańskich i że te czasy są zaliczane jako legendy. Nie ma żadnych dowodów na to żeby… - Urwałam po spojrzeli na mnie jeszcze gorszym wzrokiem, oprócz Lily i Remusa, który postanowił mi wszystko wyjaśnić.
-Była to czarownica z czasów średniowiecza i była przyrodnią siostrą króla Artura. Potrafiła zmieniać się w ptaka. Władała również czarną magią, ponoć była tak dobra jak Gellert Gindelwa… e? - Przerwał i spojrzał na Severusa, który opędzał się od natrętnego kota Weridian. James aż kulił się z Syriuszem ze śmiechu, widząc poczynania czarnowłosego. Właścicielka postanowiła zareagować i uratować chłopaka z opresji.
-Loki, choć tu do mnie. - Wyciągnęła ręce w kierunku kota, ale ten najeżył się i zaryczał wściekle na nią. Siedziała z głupią miną, wybałuszając oczy na zwierzę. Kot wskoczył Severusowi na kolana i nie przestawał ocierać się od niego. Lily zachichotała i podrapała Lokiego za uchem na co on zaczął mruczeć. Uśmiechnęłam się i przyglądałam się im. Po chwili oderwałam wzrok od nich i spojrzałam na Remusa. Lily poczęstowała mnie jedna z fasolek. Zaczęłam ją rozgryzać aż w pewnym momencie poczułam tak ostry smak, że łzy napłynęły mi do oczu. Syriusz widząc to, ukradł Jamesowi butelkę soku i mi ją podał. Wypiłam ją kilkoma łyka i, aż poczułam ulgę.
-A ty kogo masz? - Zapytałam, wyrywając chłopaka z zamyślenia. Spojrzał na kartę i odpowiedział:
-Quong Po. Mam już chyba trzy takie karty, jak chcesz to mogę ci ją dać.
-Naprawdę? - Powiedziałam z uśmiechem, a Remus wręczył mi kartę do ręki.
-Ej papużki - nierozłączki. - Zaczepiła nas Weridian, patrząc z łobuzerskim uśmieszkiem. Po chwili zwróciła się do mnie. - Eli, musimy wracać do naszego przedziału, za niedługo będziemy na miejscu. Trzeba się przebrać i wam też to radzę. - Powiedziała na odchodne i zabrała kota z Severusa, który wypuścił powietrze z ulgą. Pożegnałam się ze wszystkimi wymieniając się przytuleniem, po czym ruszyłam w ślad za przyjaciółką. Zamknęłam drzwi za sobą i poszłyśmy korytarzem. Po kilku minutach byłyśmy w środku i zaczęłyśmy się przebierać. W sumie to Weridian się przebierała, ponieważ ja miałam zmienić tylko sweter i zawiązać krawat oraz zmienić obuwie. Uczyniłam to i pomogłam jeszcze Weridian zawiązać krawat. Gdy byłyśmy gotowe, przygotowałyśmy się do wyjścia ubierając czarne szaty z godłem Hogwartu. Doczekałyśmy może pół godziny, kiedy dojechałyśmy na stację. Wyjrzałam przez okno i dostrzegłam Wielkiego mężczyznę.
-To jest Rubeus Hagrid. - Odparła Weridian uprzedzając moje pytania. - Jest gajowym w Hogwarcie. Mama E. mówiła mi, że to on nas odprowadzi do szkoły i będzie za nas odpowiadał przez cały czas, aż dotrzemy do Wielkiej Sali.
Wysiadłyśmy i ruszyłyśmy za uczniami pierwszego roku. Z oddali dało się słyszeć donośne nawoływanie mężczyzny.
-Pirszoroczniacy tutaj! Pirszoroczni! - Zebraliśmy się i ruszyliśmy za nim. Nie miałam pojęcia, w którym kierunku szliśmy, ale pozostałam przy zdaniu, aby trzymać się tłumu. Po chwili poczułam jak ktoś łapie mnie za dłoń. Odwróciłam się i dostrzegłam obok siebie Remusa. Trzymaliśmy się za ręce całą drogę. Weridian nie zwróciła uwagi na to, że mnie zgubiła. -Za chwilę za tym zakrętem zobaczycie Hogwart! - Zadeklarował gajowy, a po chwili, przekraczając ostatnie metry wąskiej ścieżki, dostrzegliśmy ogromne jezioro, a nad nim piętrzący się nad urwiskiem zamek. Wyglądał przepięknie na tle jaśniejących gwiazd.
-To właśnie Hogwart. - Remus szepnął mi do ucha. Pozostali wydobywali z siebie dźwięki zachwytu.
-Po czterech do łodzi. Ani jednego ucznia więcej, chyba, że chcecie zakończyć swoja przygoddę w wodzie. A uwierzcie mi, że woda już jest lodowata. - Powiedział Hagrid i wskazał na łódki przypięte do brzegu. Weridian zaczęła się oglądać za mną aż dostrzegła Remusa i mnie obok niego. Potrząsła głowę z dezaprobatą i ruszyła w naszym kierunku. Usiadła z nami w łódce. Obok niej znajdowało się jeszcze jedno miejsce, które w ostatniej chwili zajął James. Weridian przewróciła zniesmaczona oczami i odwróciła się w przeciwnym kierunku. -Wszyscy gotowi? NAPRZÓD!
W tym momencie łódki ruszyły jak na rozkaz i płynęły po tafli wody, w której dało się dostrzec odbijające gwiazdy. Wszyscy płynęli w ciszy wpatrując się w zamek, który stopniowo robił się coraz większy. Gdy dotarliśmy do ściany Hagrid wykrzyknął kolejny rozkaz. - Głowy w dół! - Uczyniliśmy to co nam polecił i przepłynęliśmy pod ścianą bluszczu, która zasłaniała otwór w skale. Płynęliśmy przez ciemny tunel, aż dotarliśmy do podziemnej przystani ukrytej pod zamkiem.
Remus pomógł mi wysiąść z łódki i ruszyliśmy wydrążonym w skale korytarzem. Nie widzieliśmy za wiele, a ja uczepiłam się ręki chłopaka z bliznami. On czując to objął mnie i szliśmy dalej. Kątem oka dostrzegłam, że James też próbował objąć Weridian ramieniem, ale ona musiała sprzedać mu kolejnego kuksańca, bo usłyszałam stłumiony jęk chłopaka. Wspięliśmy się później po schodach i dotarliśmy do ogromnej dębowej bramy. Hagrid zastukał swoją wielką pięścią, a brama otwarła się. W progu stała młoda kobieta o kruczoczarnych włosach i szmaragdowo zielonej szacie.
-Pirszoroczniacy, pani profesor McGonagall - Oznajmił jej Hagrid.
-Dziękuję, dalej sama się nimi zajmę. - Powiedziała otwierając szerzej drzwi, aby każdy się zmieścił. Korytarz był ogromny, a na ścianach zawieszone były wszelakie obrazy. Spoglądały na nas i to dosłownie. Poruszały się witały nas, a także szeptały coś między sobą. Szliśmy za nauczycielką, która opowiadała nam pokrótce o Hogwarcie. - Zaprowadzę was teraz do Wielkiej Sali, jednak przed bankietem otwierającym zostaniecie przydzieleni do właściwego domu, aby zająć tam miejsce.
Resztę drogi opowiadała o losach Hogwartu oraz o ucznia, którzy ukończyli ta szkołę. Ja, słuchając ją trzy po trzy, szłam z tłumem, zapominając o tym, że Remus wciąż trzyma mnie za rękę. Oglądałam wszystkie obrazy jakie wisiały na ścianach. W pewnym momencie nad naszymi głowami przeleciał duch. Ścisnęłam Remusa mocniej za rękę, a on mnie uspokoił i powiedział, że to musi być ten słynny Irytek. Ponoć nieźle z niego ziółko i trzeba na niego uważać, bo sprawia wszystkim psoty. Gdy doszliśmy do ogromnej sali, gdzie znajdowało się kilka długich stołów, wokół których siedzieli uczniowie, wszyscy uciszyli się i przyglądali się nam z zaciekawieniem. Nigdy nie lubiłam być w centrum uwagi, a ta sytuacja, nie dodawała mi otuchy. Pod jedną ze ścian ustawiony był jeden stół, a za nim siedzieli dorośli ludzie, którzy zapewne byli nauczycielami tej szkoły. Pośrodku siedział starszy mężczyzna z siwiejącą brodą.
-To Dumbledore. Jest dyrektorem tej szkoły. - Powiedziała Weridian szeptem, stojąc obok mnie.
-Dobrze ustawcie się. - Zakomendowała profesor McGonagall, a po chwili jeden z nauczycieli wniósł starą spiczastą czapkę, która miała usta i oczy. Była już bardzo stara i zniszczona. Po chwili z jej ust wydobyła się pieśń, która wszyscy musieliśmy wysłuchać z uwagą.
Tysiąc lub więcej lat temu,
Tuż po tym, jak uszył mnie krawiec,
Żyło raz czworo czarodziejów,
Niezrównanych w magii i sławie.
Śmiały Gryffindor z wrzosowisk,
Piękna Ravenclaw z górskich hal,
Przebiegły Slytherin z trzęsawisk,
Słodka Hufflepuff z dolin dna.
Jedno wielkie dzielili marzenie,
Jedną nadzieję, śmiały plan:
Wychować nowe pokolenie,
Czarodziejów potężnych klan.
Takie są początki,
Tak powstał każdy dom,
Bo każdy z magów upartych
Zapragnął mieć własny tron.
Każdy inną wartość ceni,
Każdy inną z cnót obrał za swą,
Każdy inną zdolność chętnie krzewi,
I chce jej zbudować trwały dom.
Gryffindor prawość wysławia,
Odwagę ceni i uczciwość,
Ravenclaw do sprytu namawia,
Za pierwszą z cnót uznaje bystrość.
Hufflepuff ma w pogardzie leni
I nagradza tylko pracowitych.
A przebiegły jak wąż Slytherin
Wspiera żądnych władzy i ambitnych.
Póki żyją, mogą łatwo wybierać
Faworytów, nadzieje, talenty,
Lecz co poczną, gdy przyjdzie umierać,
Jak przełamać śmierci krąg zaklęty?
Jak każdą z cnót nadal krzewić?
Jak dla każdej zachować tron?
Jak nowych uczniów podzielić,
By każdy odnalazł własny dom?
To Gryffindor wpada na sposób:
Zdejmuje swą tiarę - czyli mnie,
A każda z tych czterech osób
Cząstkę marzeń swych we mnie tchnie.
Więc teraz ja was wybieram,
Ja serca i mózgi przesiewam,
Każdemu dom przydzielam'
I talentów rozwój zapewniam.
Więc śmiało, młodzieży, bez trwogi,
Na uszy mnie wciągaj i czekaj,
Ja domu wyznaczę wam progi,
A nigdy z wyborem nie zwlekam.
Nie mylę się też i nie waham,
Bo nikt nigdy mnie nie oszukał,
Gdzie kto ma przydział, powiem,
Niech każde z was mnie wysłucha
Następnie profesor McGonagall wyjęłam listę i zaczęła przywoływać wszystkich do siebie, aby zasiedli na stołku, a następnie zakładała im tiarę. Było wiele uczniów, aż w końcu wywołała Weridian. Widziałam jak szła zestresowana. Trzymałam za nią kciuki. Po chwili namysłu Tiara zadecydowała: SLYTHERIN! - Wykrzyczała, a uczniowie z tego domu zaczęli wiwatować. Następnie była kolej Severusa, który także dostał się do Slytherinu. Później była czwórka chłopców, czyli Remus, Syriusz, James i Peter, i każdy z nich dostał się do Gryffindoru. Lily także tam była.
-Elaine Keegan. - Nauczycielka wypowiedziała moje imię i nazwisko. Podeszłam i usiadłam na stołku. Nałożyła mi na głowę Tiarę. Słyszałam jak mruczy coś do siebie.
-Dobre serce, umysł także nienaganny, odwaga płynie w jej żyłach, a i talent niesamowity! Gdzie by cię tu przydzielić? Już wiem. HUFFLEPUFF! - Uśmiechnęłam się i zeszłam kierując się do uczniów, którzy przywoływali mnie gestem ręki. Mijając stół Gryffindoru widziałam smutne uśmiechy na twarzach chłopców. Obok mnie siedział prefekt, który wręczył mi krawat domu. Po mojej kolejce było jeszcze kilka osób. Gdy ceremonia przydziału się zakończyła dyrektor wstał i przemówił do wszystkich.
-Witam was w tym roku. Nie będę zanudzał, bo kto by chciał wysłuchiwać niepotrzebnego paplania. Przekażę tylko najważniejsze informacje. Wstęp do Zakazanego Lasu jest niedozwolony, dostosujcie się jeśli, życie wam miłe. Uczniowie powinni przebywać tylko i wyłącznie na terenie szkoły. Pierwszoroczniacy po kolacji, zostaną zaprowadzeni z resztą grupy do swojego dormitorium. Myślę, że to już wszystko. A teraz - kolacja. - Klasnął w dłonie, a stoły momentalnie zakryły się jedzeniem.



Komentarze
Prześlij komentarz