Elaine ☆2
Wróciłyśmy do domu. Gdy Weridian i jej rodzicielki zostawiły nas same, zjadłyśmy jeszcze deser i udałyśmy się w drogę powrotną. Zajęła nam więcej czasu, ponieważ musiałyśmy znaleźć Dziurawy Kocioł. Niosłam obok siebie klatkę z Gwen. Polubiłam ją bardzo. W domu miałam zamiar wypuścić ją na chwilę i podziwiać jak lata. Musiałam jeszcze spakować wszystkie rzeczy do Kufra taty. Leżał w domu rodzinnym od czasu, gdy ukończył Hogwart. Gdy byłam mała nawet nie spodziewałam się, że i ja będę czarownicą. Prawdę mówiąc, nie wiedziałam, że mam jakieś magiczne moce. Zdarzały mi się niejednokrotnie dziwne sytuacje, ale nie brałam ich na poważnie. Ciocia opowiadała mi prawdę o moich rodzicach od czasu, gdy dostałam mój list. Ponoć mój tata należał do Slytherinu, a w herbie miał węża. Pokazała mi jego zdjęcia z czasów młodzieńczych. Wtedy dostrzegłam ten sam herb szkoły, który potwierdził jej słowa. Mama natomiast należała do innego domu - Gryffindoru, ale była od niego również młodsza.
W tej szkole znajdowały się również inne domy: Ravenclaw i Hufflepuff. Każdy z tych czterech domów miał swoją barwę. Uczniowie byli do nich przydzielani poprzez Tiarę Przydziału. Ponoć była już tak zniszczona, że musieli ją już łatać. Przydzielała uczniów podczas pierwszej kolacji, kierowała się ich charakterem. Szczerze czuje, że mnie również przydzieli do Gryffindoru tak jak moją mamę. .
-Ciociu, opowiesz mi coś jeszcze? - Zapytałam, przerywając pakowanie się. Opiekunka wygładziła złożoną szatę.
-Mogę Ci powiedzieć, że twoja mama była z nie magicznej rodziny. Niektórzy czarodzieje nie cierpieli takich ludzi. Byli dla nich osobami nieczystymi, robakami. - Opowiadała ze smutkiem. - Twój tata był półrwi. W całej jego rodzinie na początku przestrzegano tej zasady, aby zachować czystość krwii. No, do czasu aż twoja mama poznała Haydena. Jak to mówiłam, ty jesteś półkrwi.
-To znaczy, że ze mnie będą tak samo drwić jak z mamy? - Zapytałam lekko zmieszana. Nie wiedziałam, czy sobie poradzę, kiedy będą mi dokuczać.
-Nie. Twoja matka była przezywana szlamą. To bardzo obraźliwe przezwisko dla osób z mugolskich rodzin.
- Rozumiem. Skończmy pakowanie. - Odpowiedziałam i zabrałam książki leżące na łóżku. Ułożyłam wszystko tak, aby nie wyglądało nagannie. Ceniłam sobie porządek, a ciocia mówiła, że jestem pedantyczna.
-Kochanie mam jeszcze coś. Twoi rodzice to zostawili dla ciebie. - Mówiąc to, podała mi ich krawaty. - Może okaże się, że będziesz należała do któregoś z nich.
-Byłoby fajnie. Ciociu, nie uważasz, że powinnam już iść spać? - Odpowiedziałam przeciągając się.
-Jeśli jesteś pewna, że wszystko spakowałaś…
-Wypuszczę jeszcze na chwilę Gwen z klatki, aby rozprostowała skrzydła. - Spojrzałam na sowę. Przyglądała mi się swoimi złotymi oczami. - Nie wiem ile siedziała w tej klatce i ile jeszcze będzie musiała w niej siedzieć.
-Tylko nie naróbcie tutaj bałaganu. - Pokiwała mi palcem, abym uznała to jako ostrzeżenie. Gdy wyszła z pokoju, zamknęłam drzwi i okno, po czym skierowałam się do klatki. Włochatka zatrzepotała skrzydłami i zaskrzeczała.
-Ciii. - Przyłożyłam palec do swoich ust, które ukształtowałam w rulon. - Jeszcze ciocia się zdenerwuje. Jak będziesz grzeczna dostaniesz przekąskę. - Wyjęłam papierowa torbę, w której znajdowały się ów rzeczy zakupione w sklepie. Sprzedawczyni doradziła mi co najbardziej lubią sowy. Otworzyłam klatkę i Gwen niepewnie wychyliła łebek przez otwór. Następnie wyfrunęła i usiadła na szczycie szafy. - No teraz to już przesadziłaś. Złaź na dół. - Pokazałam na miejsce obok siebie na podłodze. Odpowiedziała mi tylko skrzekiem, a ja tupnęłam ze złości. Po chwili odwróciłam się i wyjęłam przekąskę z torebki. Pomachałam nią w powietrzu, a potem wyciągnęłam rękę w jej kierunku. Gwen przekrzywiła głowę, a potem sfrunęła i usiadła na moim ramieniu. Dałam jej do dzioba jedzenie, a ona w kilka chwil ja pochłonęła. - Ale byłaś głodna. A teraz czas do klatki. - Skierowałam się do przedmiotu, a sowa ani drgnęła. Przesiadła się później grzecznie na huśtawkę. Zamknęłam drzwiczki, a potem uchyliłam okno. Niektóre samochody przejeżdżały ulicą. Spojrzałam jeszcze raz na pokój. Będzie mi go brakowało, tych popołudni spędzanych z przyjaciółmi, wypieków cioci, które zawsze miała przygotowane, kiedy miałam wracać ze szkoły. Teraz wszystko będzie inne i ta myśl lekko mnie denerwowała. Gwen po raz kolejny przekręciła słodką główkę, gdy mi się przyglądała. Drzwi do pokoju uchyliły się, była to ciocia.
-Nie śpisz jeszcze? - Zapytała, zaglądając do środka.
-Przed chwilą zamknęłam sowę. Stało się coś?
-Nie, nic. Przyniosłam ci ciastka i ciepłe mleko. Jak byłaś mała zawsze pomagały ci zasnąć. - Powiedziała, kładąc tacę na stoliku nocnym.
-Dziękuję ciociu, jesteś najlepsza. - Odpowiedziałam, przytulając opiekunkę. Będę tęsknić za nią, gdy wyjadę.
-Nie sądziłam, że to będzie takie trudne. Drugi raz stawiacie mnie przed taką sytuacja. Najpierw Eleanor, a teraz Ty.
-Ciociu, przecież wiesz, że wrócę. - Zaczęłam gładzić ją po plecach, a ona po chwili uczyniła to samo.
-Obiecaj, że będziesz wysyłała listy. - Odsunęła mnie i spojrzała mi prosto w oczy. Widziałam w nich narastającą tęsknotę. Kiwnęłam potwierdzająco głową, a ona jeszcze raz mnie przytuliła. - Nie bedę ci juz przeszkadzała. Musisz odpocząć. Na dole przygotuję ci torbę na jutro oraz spakuję twój bilet.
Podziękowałam jej, a ona wyszła przymykając drzwi. Zjadłam ciastka, które były cynamonowe z odrobiną suszonej żurawiny. Uwielbiałam to połączenie, ponieważ ciastka nie wydawały się słodkie, a zarazem miały charakter przez kwaskową żurawinę. Wypiłam mleko do połowy wysokości szklanki i poszłam się przebrać do piżamy. Zaplotłam włosy w warkocz i ustawiłam budzik, aby rano nie zaspać. Musiałyśmy dotrzeć na peron dziewięć i trzy czwarte przed czasem, poniewaz Hogwart Express mógł odjechać o równej godzinie. Zapewne od razu, by mnie wyrzucili ze szkoły, do której nawet nie dotarłam. Zasnęłam niemal momentalnie. Miałam dziwny sen, widziałam całą ulicę Pokątną tak, jakbym nad nią leciała. Widziałam siebie spacerującą pośród wszystkich sklepów oraz towarzyszącą mi Weridian. Później znalazłam się na peronie, a wokół panował chaos. Ludzie pchali się do pociągu a mnie przepychali. W pewnym momencie gwizdek pociągu zaczął przeraźliwie gwizdać az obudziłam się. Okazało się, że nie był to gwizd, ale dźwięk mojego budzika. Wyłączyłam urządzenie i usiadłam na łóżku. Przeciągnęłam się i spojrzałam na Gwen, przeczesywała właśnie swoje piórka, nie zważając całkowicie na to, że przyglądam się jej czynności.
Opuściłam nogi na podłogę, która okazała się być przeraźliwie zimna. Pomimo, że wolałam zostać w ciepłym łóżku, wstałam i ruszyłam do łazienki. Idąc przez korytarz, doszły do moich uszu dźwięki krzątaniny z dołu domu, a dokładnie z kuchni. Ciocia zapewne szykuje mi pełną trobe przekąsek, abym nie zgłodniała w drodze do szkoły i żebym mogła poczęstować innych. Wzięłam szybki prysznic i ubrałam przygotowane przez ciocię ubrania. Była to spódniczka sięgająca nad kolano oraz sweterek w bordowym kolorze, który ubierałam na koszulę. Włosy rozczesałam i założyłam cienką opaskę do włosów. Ubrałam jeszcze buty i ruszyłam w dół schodów. W powietrzu unosił się zapach naleśników oraz owoców.
-Widzę, że moja poranna ptaszyna już nie śpi. - Zaświergotała ciocia, nakładając dla mnie porcję. Nalałam sobie do szklanki soku i usiadłam przy wysepce, która stała pomiędzy kuchnią a salonem. Na talerzu były trzy naleśniki jeden duży i dwa mniejsze,a z owoców ułożone zostały oczy, nos i usta. Całość tworzyła obrazek misia.
-Śliczny. -Odkroiłam kawałek ciasta i włożyłam do buzi. - A jaki pyszny. - Powiedziałam, przeżuwając kawałek.
-Nie mów tylko jedz. -Odpowiedziała i podała mi syrop z agawy. Wypuściłam trochę cieczy na swój talerz i odłożyłam pojemnik. Pochłonęłam naleśnik w kilka chwil i wypiłam końcówkę soku ze szklanki. Schowałam naczynia do zmywarki i ruszyłam do łazienki umyć zęby. Zaczęłam znosić wszystkie rzeczy na dół, aby nie trzeba było się po nie wracać. Kiedy się wróciłam do kuchni, ciocia zapinała jakąś torbę. - O, już jesteś. Tutaj spakowałam ci cały prowiant. Mam nadzieję, że twoja nowa przyjaciółka, Weridian, będzie lubiła chipsy bananowe.
-Ciociu, a kto ich nie lubi. - Uśmiechnęłam się i ucałowałam ją w policzek. Kiedy chciałam zdjąć torbę ze stołu, o mało się nie przewróciła. Ważyła tonę.
-Ostrożnie. - Powiedziała, łapiąc mnie za ramiona, bym nie zaliczyła przytulania podłogi.
-Nie chcę narzekać, ale co jest w środku, bo na chrupki bananowe to nie wygląda. - Spojrzałam to na torbę to na ciocię, a ona zrobiła niewinną minę.
-Dodałam jeszcze kilka… - Spojrzałam na nią podejrzliwie, a ona momentalnie się poprawiła. - No dobrze, kilkanaście innych rzeczy. Ale uwierz mi wszystko zjecie.
-Ciociu….
-Nie ciociuj mi tutaj. - Skarciła mnie. Pomogła mi przewiesić torbę przez ramię. - Tutaj jest bilet, schowaj go. Pójdę jeszcze po twój kufer.
-I po Gwen. - Dodałam, aby na pewno o tej skrzeczącej sowie nie zapomniała. Wyszłyśmy z domu i pokierował śmy się do garażu, ciocia wyjechała samochodem i dotarłyśmy na miejsce pół godziny przed odjazdem expressu. Nagle w tłumie wyodrębniła się wysoka blondynka z dwoma kobietami. -Weridian! - krzyknęłam na cały peron i jej pomachałam. Zobaczyła mnie i pomachała do mnie. Zaczekały na nas i przywitałyśmy się.
-Jak tam nastrój przed pierwszą podróżą? - Zapytała się mnie mama R.
-Dziękuję, dobrze. - Rozejrzałam się po peronie, ale nie mogłam znaleźć numerku dziewięć i trzy czwarte. - Przepraszam, ale oni chyba się pomylili.
-Nic z tych rzeczy. Ten peron jest ukryty przed mugolami. Mniej kłopotów i innych tego typu spraw.
-A więc gdzie on jest? - Zapytałam, a kobiety zaprowadziły nas przed ścianę między dziewiątym a dziesiątym peronem.
-Musicie biec prosto na ścianę. - Odparła mama E. i ustawiła mnie na wprost murowanego łuku.
-Czy to aby na pewno bezpieczne? - Zapytałam i poczułam jak dreszcze przechodzą mi po plecach. Przełknęłam głośno ślinę i zacisnęłam palce mocno wokół uchwytu wózka. Zaczęłam biec myślałam, że się rozbiję, już czułam ten okropny ból, ale nic takiego się nie stało. Rozejrzałam się, był to peron. O mało nie krzyknęłam i klasnęłam w dłonie kiedy na oznaczeniu znalazłam numer z biletu. Po chwili ze ściany obok mnie wyszła Weridian.
-Chodźmy, trzeba oddać bagaże i zająć jakiś wolny przedział. - Powiedziała kierując się w kierunku pociągu. Ruszyłam za nią, nie mając zamiaru zgubić się w tym magicznym świecie. Wokół nas było pełno dzieci, które tak jak my, pakowały swoje walizki. Nie znałam niestety nikogo, aby z kimś porozmawiać, miałam tylko Weridian.
-A tak właściwie to, dlaczego chcesz znaleźć wolny przedział? - Zapytałam kiedy jeden z pracowników zabrał nasze rzeczy i zaczął pakować je do bagażnika, który znajdował się u boku wagonu. -Przecież jest tyle dzieci, z którymi mogłabym się zaprzyjaźnić.
-Jeśli trafisz do przedziału, gdzie będą starsi, nie będzie ci wesoło. Natomiast na niektórych naszych rówieśników lepiej, żebys zwyczajnie uważała.
-Na przykład? - Spojrzałam na nią zaciekawiona. Odpowiedziała mi momentalnie.
-No jest taki sobie jeden James Potter. Zakała mówię ci, nie zadawaj się z nim. A ze starszych to na przykład blondasek Lucjusz Malfoy. - Mówiła wykrzywiając usta w niesmacznym grymasie.
-Przesadzasz. Nie mogą być aż tak źli i okrutni.
-Okrutni, nie wiem. Ale ja ich nie cierpię. - Powiedziała i ruszyła do środka. Za chwilę Hogwart Express miał odjechać. Odszukałam pospiesznie ciocię w tłumie i zaczęłam jej machać przez okno, kiedy to drzwi pociągu się zamknęły. Później ruszyłyśmy korytarzami w poszukiwaniu przedziału.
-O, tutaj jest wolny. - Pokazałam Weridianie i weszliśmy do środka. Rozsiadłyśmy się i spedziłyśmy czas na rozmowach. Później wyjęłam z torby jedną z przekąsek przygotowanych przez ciocię.
-Uuu, a co tam masz? - Zapytała Weridian, zmieniając momentalnie pozę, aby być bliżej mnie.
-Chipsy bananowe, chcesz? - Wyciągnęłam rękę w jej kierunku. Ona spojrzała na nie i wyjęła jeden plasterek. - No jedz. - Zachęciłam ją. Po chwili objadałyśmy się nimi, aż cały ich zapas się skończył.



Komentarze
Prześlij komentarz