Weridian ☆13
Dni mijały bardzo spokojnie, widok zza okien zmieniał się w piękną barwną jesień. Wrzesień mieliśmy już za pasem, a na jego miejsce wdepnął październik. Szwendałam się po zamku, dzień jak co dzień. W sumie nie byłoby mnie już tutaj jeśli nie jeden czarnowłosy chłopak, jednak on nie miał czasu teraz dla mnie. Musiał zajmować się swoją płomiennowłosą przyjaciółką. W sumie razem przypominali mi piękną jesień, z jednej strony czarny i ponury wydźwięk zbliżającej się zimy, a z drugiej strony cudowne ogniste kolory rozświetlające smutną pogodę. Nogi mnie niosły przed siebie, jak zawsze nie miałam celu. Nie mam tutaj znajomych, a tym bardziej przyjaciół, więc moje popołudnia są przepełnione nauką, kółkiem pojedynków oraz podróżowaniem po ogromnym zamku. Moja egzystencja była jak zima, smutna, oschła i nielubiana. Elaine próbowała nawiązać ze mną kontakt z powrotem i raz się nawet złamałam, ale szybko doszłam do zmysłów. Więcej jej nie odpisałam. Nie mogę pozwolić by uczucia zawładnęły mną. Podjełam dobrą decyzje. Koniec kropka!
Zmarszczyłam nos i czoło, ale podążałam dalej przed siebie, z przymkniętymi oczami. Skierowałam się do posągu czarownicy o smutnych oczach i zastukałam w jej dłonie dwa razy różdżką. Za kamiennym dziełem sztuki pokazał się mały, zarośnięty tunel. Gdy znalazłam się w nim, wejście od razu się zamknęło. Tunel był dość krótki, a na jego końcu mogliśmy ujrzeć małą salę ze zrujnowanym dachem. Przez dużą dziurę w suficie wpadało światło do pomieszczenia. Wszystko było zarośnięte mchem i pnączami, pośrodku stał bardzo podobny posąg jak ten co bronił wejścia. Różnił się tylko tym, że postać miała tutaj zamknięte oczy, a na jej policzku widniała jedna łza. Przechadzałam się po pomieszczeniu, nie było duże, ale było dość przestronne. Było tam sporej wielkości drewniane biurko z starymi pergaminami oraz regał w podobnym stylu. Po sali walały się książki w grubych, skórzanych okładkach. Odkąd znalazłam to pomieszczenie dużo czasu tu spędzałam. Było tylko jedno wejście, które było zarazem wyjściem. Ze zwojów leżących na biurku dowiedziałam się, że posąg wpuszcza ludzi prawdziwie potrzebujących samotności. Ciekawe prawda?
Zdążyłam zrobić tutaj porządek, poukładałam wszystkie zwoje i książki na swoje miejsca. Te które zarosły mchem lub pleśnią oczyściłam czarami. Poprzesuwałam odłamki krzeseł i inne deski. Naprawiłam drugi regał oraz dziwną maszynę, która do złudzenia przypominała teleskop. Po tych “małych” porządkach zrobiło się tyle miejsca, że mogłam biegać, skakać oraz ćwiczyć magię. Może nawet kiedyś będę mogła ważyć tutaj eliksiry lub inne dziwne rzeczy robić. Ciekawiło mnie jedno, do czego było wcześniej przeznaczone to pomieszczenie? Znalazłam tutaj tyle osobliwych przedmiotów i zwojów. Księgi nie dawały żadnych podpowiedzi, co któraś miałą całkiem inną tematykę od poprzednich. Zwoje opowiadały o starych czasach Hogwartu oraz o jego założycielach, wspominały też historię kobiety z posągu. Jednak nigdzie nie było napisane do czego służyła ta sala. W sumie i tak najbardziej ze wszystkiego przyciągnął moją uwagę jeden przedmiot. Duże, niesamowicie zdobione lustro. Jego zwierciadło było lekko zamglone i brudne. Najciekawsze było jednak to co w nim widziałam. Pokazywało mi dorosłą blondynkę, złudnie podobną do mnie. Po jej lewej stał wysoki, czarnowłosy mężczyzna, który obejmował ją w talii, a z jej prawej stała trochę niższa kobieta o ciemnych, brązowych oczach. Środkowa dama trzymała zawiniątko w rękach, a obok jej nóg biegał chłopczyk bardzo podobny do ciemnookiej kobiety. Jednak to co mnie zdziwiło najbardziej, to to iż za tą zgrają stał dorosły mężczyzna z burzą niepoukładanych czarnych włosów i dużymi okrągłymi okularami. Uśmiechał się wpatrując w osoby stojące przed nim.
Gdy tak gapiłam się w to zwierciadło, z moich oczu poleciały łzy. Nie rozumiem. Nie wiem kim są ci ludzie, mimo iż są tak dziwnie bardzo bliscy. Obraz ten ranił moje serce, czułam jak bardzo krwawi. Padłam na kolana i dałam upust emocjom.
-Ja nie rozumiem! KTO TO JEST!? Czemu znam te twarzę, a zarazem nie mam pojęcia do kogo należą!?- Złapałam się za włosy, schowałam twarz pomiędzy łokciami. Łzy płynęły tworząc mokre strużki na moich policzkach. Mogłam wrzeszczeć, łkać, wołać o pomoc, ale i tak nikt tego nie usłyszy. To była właśnie magia tego pokoju bez klamek. Nikt nie wie co się tam działo, tylko ty i pomnik, który wolał zamknąć oczy.
Tak właśnie było za pierwszym razem, gdy wpatrywałam się w taflę lustra. Teraz za każdym razem widząc ten obraz, serce mi się ściska, ale moja twarz zostaje kamienna. Często wgapiam się w niego, doszukuje się szczegółów. Któregoś razu odkryłam, że na górze ramy pośród zdobień był napis. Głosił on: „AIN EINGARP ACRESO GEWTEL AZ RAWTĄ WTE IN MAJ IBDO”. Na początku nie miałam pojęcia co to może znaczyć. Szukałam w zwojach i księgach ale nic nie było o tym lustrze. Jednak w końcu odkryłam co znaczy dziwna inskrypcja. “Odbijam nie twą twarz ale twego serca pragnienia”. Widać, że moje pragnienia były bardzo przyziemne. Byłam wręcz zawiedziona sobą.
Odrzucając wszystkie myśli związane ze zwierciadłem ruszyłam w stronę posągu. Uklęknęłam przed statuą i wyszeptałam cicho inkantacje, którą uprzednio nauczyłam się z jednego ze zwojów. Nie wiem w jakim języku była, ale brzmiała niesamowicie. Po twarzy kamiennej kobiety spłynęła łza, a całe pomieszczenie przemieniło się w piękną, odnowioną salę. W jednym z rogów znajdowały się dwa duże fotele oraz drobny stolik, który stał pomiędzy nimi. Północna i wschodnia ściany zostały pokryte regałami wypełnionymi po brzegi ciężkimi tomami. Biurko dalej stało w tym samym roku co wcześniej, ale teraz lśniło, wręcz przytłaczało swoim pięknem. Na nim stała duża maszyna do pisania. Dziura w dachu zniknęła, a posąg pośrodku ukazywał niezniszczony marmur. Wokół niego było parę kwiatów oraz bluszcz po sadzony w donicach. Mocno przykuwało uwagę lustro Ain Eingarp, które stało idealnie za plecami statuy. Cały pokój był utrzymany w ciepłych i przyjaznych kolorach. Jednak co najciekawsze kamienna kobieta miała otwarte oczy i się uśmiechała. Było to wręcz niewiarygodne dla mnie ile może zmienić jedno zapomniane zaklęcie.
Wybrałam książkę o dawnej alchemii i rozsiadłam się w jednym z foteli. Było cudownie, lepiej być nie mogło… Nie…. Lepiej być mogło, ale nie będzie. Rzuciłam okiem w stronę zwierciadła i szybko powróciłam do lektury. Mimo iż naprawdę interesowała mnie treść tej księgi, moje myśli wędrowały samowolnie. Myślałam o tym wszystkim, o Eliane, o Jamesie oraz o czarnowłosym chłopcu, który wyciągnął do mnie rękę. Severus….. Elaine…. James.... Moje ofiary, które będę mieć na sumieniu do końca życia. Mieli tego pecha by mnie spotkać. Mam nadzieję, że nie zrujnowałam im jeszcze życia. Muszę urwać kontakt z Severusem, póki moje serce mi na to pozwala. Po moim policzku spłynęła łza opadająca lekko na stare tomiszcze. Moja egzystencja to koszmar. W końcu skupiłam się na lekturze, kompletnie się w nią zatapiając.
Spędziłam tam całe popołudnie, wieczór oraz noc. Rano obudził mnie tylko delikatny pomruk. Okazało się, że jakimś magicznym sposobem dostał się tu Loki i aktualnie siedział mi na kolanach. Ten to ma życie bez zmartwień. Otrząsnęłam się z resztek snu i podeszłam do posągu by zakończyć zaklęcie. Na odchodne uśmiechnęłam się lekko do ponownie smutnej, kamiennej kobiety. Wyszłam na korytarz na którym nie było jeszcze widać uczniów, czyli było koło 5 rano. Szybkim krokiem schodziłam po schodach by dostać się do lochów. Przeszłam niepostrzeżenie przez grupkę 6 klasistów uczących się na jakiś test. Weszłam delikatnie do pokoju, na moje szczęście dziewczyny jeszcze spały. Umyłam się, rozczesałam splątane włosy, przebrałam przepocone ubrania i wyjęłam stare tomiszcze z torby by móc dalej kontynuować czytanie. Dziewczyny obudziły się dopiero po 6, więc miałam dość sporo spokoju.
-Gdzie się szwędałaś znowu?- Popatrzyła na mnie Alecta ostrym wzrokiem.
-Jakbyś miała wiedzieć to byś wiedziała. Po za tym nie po nocy… Wróciłam o dwunastej jakbyś nie zauważyła. A zapomniałam, że ślepa jesteś.- Pokazałam naburmuszonej dziewczynie język i zaśmiałą się dźwięcznie, a czarnowłosa mi zawtórowała.
-Widzisz, mówiłam, że z nią nie wygrasz.- Sarknęła Mia, wciąż chichocząc. Rudowłosa spaliła buraka i uciekłą do łazienki. -Nie przejmuj się nią, wiesz ma gorsze dni.- Znowu zachichotała, a ja tylko uśmiechnęłam się do niej i powróciłam do lektury. Gdy nareszcie nastoletnie czarownice się wyzbierały, spakowałam książkę do torby i wstałam z łóżka. Na śniadaniu w wielkiej sali jak zawsze było głośno jak w ulu. Usiadłam między blondwłosym pięknisiem, a krukiem o ponurej minie. Zaskakująco spokojnie spożyliśmy ten posiłek, jednak ten spokój zamąciła jedna osoba. James Potter podszedł do mnie ze smutkiem wymieszanym z gniewem na twarzy.
-Elaine wylądowała wczoraj w skrzydle szpitalnym, chociaż i tak pewnie cię to nie obchodzi.- Fuknął i odwrócił się na pięcie. W tym momencie moje serce wręcz pękło. Eliane… Wypuściłam torbę z rąk robiąc przy tym mały huk. Okularnik popatrzył lekko zdziwiony w moją stronę, jednak ujrzał tylko powiew blond włosów. Biegłam do skrzydła szpitalnego jak najszybciej mogłam. Gdy dotarłam tam, bez ogłady wpadłam do pomieszczenia. Na jednym z łóżek zauważyłam drobną blondynkę z zamkniętymi oczami.
-Elaine…-Wyszeptałam a po moim policzku spłynęła łza. Podeszłam do łóżka i chwyciłam jej rękę by upewnić się, że żyje. Na moje szczęście tak było. Następne dwa dni spędziłam przychodząc do niej i czekając aż się obudzi. Zaczynałam wariować ze zmartwienia. Nie wiedziałam dlaczego się tak stało, kto jej to zrobił. Jakbym tylko była przy niej wtedy…. Nic by się nie stało… Miałam ogromny mętlik.



Komentarze
Prześlij komentarz